Marmurowe głowy

                Siedziałam na kanapie, która jako jedyna stała na swoim miejscu, otoczona tysiącem kartonów. Bolały mnie plecy i nogi.Ta przeprowadzka wyczerpała mnie do granic możliwości.
                Rozejrzałam się po małym salonie i westchnęłam. Nie miałam ochoty mieszkać sama, ale nie było innego wyjścia. Już od dawna nie układało nam się z Arturem i dwa tygodnie temu podjęliśmy decyzję o rozstaniu. Niby rozeszliśmy się polubownie, ale mieszkanie razem było coraz bardziej dziwne. Miałam szczęście, że tak szybko udało mi się znaleźć nowe mieszkanie, chociaż nie do końca byłam co do niego przekonana. Było przytulne, ale coś mnie w nim niepokoiło. Postanowiłam jednak zignorować to uczucie. Wierzyłam, że gdy urządzę je po swojemu, poczuję się jak w domu. Musiałam tylko rozpakować te wszystkie kartony. To dziwne uczucie, gdy na podłodze przed tobą stoi całe twoje życie.
                W pierwszą noc w nowym miejscu powinno się koniecznie zapamiętać swoje sny, bo te miały się spełnić. Ja byłam szczęśliwa, że żaden z tych koszmarów, które męczyły mnie całą noc, nie pozostał w mojej głowie. Widziałam krzyczące cienie i dziwne powykręcane twarze. Miałam nadzieję, że moje sny nie miały nic wspólnego z moja przyszłością, bo na taką nie miałam najmniejszej ochoty. W ostatnim czasie szczęście naprawdę się mnie nie trzymało. Wręcz przeciwnie, ciągle miałam pecha. Jak już mówiłam, z Arturem od dawno się nie układało, a i w pracy nic nie szło, jak powinno. Czułam się zdemotywowana i sfrustrowana. Miałam wrażenie, jakbym stała w miejscu, podczas gdy wszyscy obok mnie szli naprzód.
                 Cały dzień czułam się nieswojo. Zabrałam się za rozpakowanie kartonów, ale nie szło mi to zbyt dobrze. W końcu usiadłam na kanapie i wzięłam do ręki smartfona. Wybrałam numer Sylwii i zadzwoniłam.
- Co jest, piękna? – moja najlepsza przyjaciółka odezwała się już po dwóch sygnałach.
- Sama nie wiem. Czuję się jakaś rozbita – odparłam zgodnie z prawdą.
- Mam do ciebie wpaść?
- A możemy się spotkać gdzieś na mieście?
- Pewnie.
                Godzinę później siedziałyśmy już we dwie przy stoliku w naszej ulubionej knajpce.
- No, co cię gryzie? – spytała Sylwia podnosząc do ust kieliszek z białym winem.
- Nie czuję się dobrze w moim mieszkaniu.
- Musisz nauczyć się żyć sama – odparła. – Kasiu, daj sobie czas, a zobaczysz, że ci się spodoba. Możesz robić co chcesz i kiedy chcesz. Poza tym nikt ci nie marudzi. - Ale nie ma też nikogo, kto na mnie czeka, gdy wrócę do domu – mruknęłam.
- To kup sobie chomika.
- Aleś wymyśliła.
- Mówię poważnie. Z resztą i tak nie będziesz długo sama.
- A niby czemu?
- Bo jesteś fajną dziewczyną i ładna jesteś do tego.
- No jasne. Już widzę całą tę kolejkę, która ustawia się przed moimi drzwiami.
- A niby czemu nie? Musisz tylko w siebie uwierzyć – powiedziała moja przyjaciółka. Tak, super rada. Mam uwierzyć w siebie... A niby jak? – No już się uśmiechnij – dodała.
                 Wracałam do domu jeszcze bardziej podłamana niż wcześniej. Myślałam, że spotkanie z Sylwią podniesie mnie na duchu. Co ja takiego przeskrobałam, że moje życie tak mnie pokarało. Wszystko się sypało, a ja nie wiedziałam, jak się pozbierać. Najchętniej uciekłabym daleko stąd i zaczęła wszystko od nowa. Chociaż z drugiej strony w pewnym sensie właśnie zaczynałam od nowa i też nie byłam szczęśliwa.
                  Zanurzona w swoich rozmyślaniach nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się przed domem. Nie miałam ochoty wracać do pustego mieszkania, ale nie było innego wyjścia. Wchodząc do korytarza mocno trzasnęłam drzwiami i od razu tego pożałowałam, bo usłyszałam ogromny huk. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Ostrożnie otworzyłam drzwi i wyjrzałam na zewnątrz.
                 - Cholera – zaklnęłam, gdy zobaczyłam, co nabroiłam. Przed drzwiami leżała pęknięta na pół marmurowa twarz kobiety. Była to jedna z płaskorzeźb, które wieńczyły fasadę budynku. Podniosłam kawałki marmuru i wsadziłam je do torebki. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że nikt mnie nie widział i nie wsypie. Byłam spłukana i nie mogłam zapłacić za naprawę. Pasmo nieszczęść wydawało się nie mieć końca.
                 Po cichu na trzęsących się nogach i ciągle nasłuchując weszłam do swojego mieszkania. Dopiero wtedy odetchnęłam. Wyglądało na to, że nikt mnie nie widział.
                  Postawiłam torebkę przy drzwiach i poszłam do łazienki. Tam rzuciłam ubrania na podłogę, umyłam zęby i zmyłam makijaż. Chwilę później leżałam już pod kołdrą na materacu, bo nadal nie poskładałam łóżka. Moim myślom i zmartwieniom chyba zrobiło się mnie żal, bo nie męczyły mnie już więcej i pozwoliły szybko zasnąć.
                 Obudziło mnie dziwne uczucie niepokoju. Otworzyłam oczy, rozejrzałam się po pokoju i zaczęłam krzyczeć. Nigdy do tej pory nie krzyczałam nieprzerwanie przez ponad pięć minut. Nie mogłam przestać, bo oto w kącie stał on. Latarnia za oknem dawała tyle światła, że mogłam rozpoznać każdy szczegół. Był ubrany w starte dżinsy i niebieską koszulkę, a na nogach miał trampki. Gdyby tego było mało, że w moim mieszkaniu stał ktoś obcy i obserwował mnie podczas snu, to osobnik ten miał świecące jak małe żaróweczki zielone oczy.
                Przestałam krzyczeć dopiero, gdy sąsiad zapukał w ścianę. Dobrze wiedzieć, że nie mam co liczyć na pomoc. Postać pod ścianą ani drgnęła, tylko wpatrywała się we mnie swoimi nienaturalnymi oczami.
- Co ty tutaj robisz? – wyszeptałam w końcu. Moje serce waliło jak oszalałe, a ja miałam ogromną nadzieję, że nie dostanę zawału. Odpowiedziała mi cisza. - Halo! – krzyknęłam. Nie spuszczając obcego z oczu wygrzebałam spod poduszki smartfona. Musiałam zadzwonić na policję.
- Nie dzwoń – odezwał się nagle obcy niskim głosem.
- Kim ty do cholery jesteś i co tutaj robisz? – wrzasnęłam.
- Nie zrobię ci krzywdy – powiedział.
- Gadaj, co tu robisz!
- Nazywam się Norbert i jestem tutaj, bo mnie uwolniłaś.
- Skąd?
- Z marmurowej głowy.
- To co ty, kurde, jakiś dżin jesteś? – zakpiłam. Co to miało być? Mamy cię?
- W pewnym sensie.
- Nie pieprz! Wynoś się stąd!
- Wyciągnęłaś mnie z mojego lochu i w darze otrzymasz moją wdzięczność.
- To mi się na pewno tylko śni. Muszę się obudzić i wszystko będzie dobrze.
- Udowodnię ci, że jestem prawdziwy. Jestem po twojej stronie.
- Ach tak? Niby jak?
- Każ mi przyniść jakiś przedmiot z dowolnego miejsca.
- Dowolny przedmiot? No więc... przynieś zegarek na rękę z mieszkania mojego byłego Artura, który podarowałam mu w zeszłym roku na święta – powiedziałam. Wiem, to głupie, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
              Norbert nic nie odpowiedział, tylko zniknął. Tak po prostu jak mgła rozpłynął się w powietrzu. Więc to musiał być sen. Takie rzyczy nie dzieją się naprawdę. Odetchnęłam z ulgą. Położyłam się na poduszce i przymknęłam oczy. Byłam zbyt zdenerwowana, żeby zasnąć, ale musiałam jakoś wyciszyć myśli.
- Proszę – usłyszałam obok siebie czyjś głos. Otworzyłam oczy i spojrzałam obcemu prosto w twarz.
- Boże! – krzyknęłam.
- Przyniosłem zegarek – powiedział Norbert, a ja nie mogłam się ruszyć. Był tak blisko mnie, że widziałam wyraźnie jego nienaturalnie szarą skórę. – Wierzysz mi teraz?
- Czym ty jesteś? – wyszeptałam.
– Czy mógłbyś się odrobinę odsunąć. Przyprawiasz mnie o dreszcze.
                Norbert odsunął się z powrotem w kąt.
- Czym ja jestem? Chyba duchem.
- To znaczy, że umarłeś? – spytałam siadając na łóżku. Nadal bardzo się bałam, ale ciekawość zwyciężyła.
- Nie do końca. Zostałem pozbawiony życia.
- Zabity?
- Nie. Zamknięty w tej marmurowej głowie, którą rozbiłaś. W ten sposób wyszedłem – odparł.
- Dlaczego zostałeś tam zamknięty?
- Zostałem niesłusznie posądzony o zbrodnię i to była kara.
- Chwila. O czym my tutaj w ogóle rozmawiamy. To absurdalne. Ciebie tutaj nie ma, a ja tylko śnię – powiedziałam przecierając oczy.
- Ależ jestem.
- Nie, nie ma ciebie. Inaczej byłbyś duchem, a duchów nie ma.
- Otóż są, bo przed tobą stoję.
- W takim razie pozdrów moją zmarłą babcię. Cześć.
                 Odwróciłam się na plecy i od razu zasnęłam. Gdy się obudziłam było już jasno. Dla pewności rozejrzałam się po pokoju, ale nie zauważyłam niczego podejrzanego, dopóki nie spojrzałam na podłogę w rogu pokoju. Pod ścianą leżał zegarek Artura. Przetarłam oczy i spojrzałam jeszcze raz, ale zegarek nie zniknął. Jak oparzona wyskoczyłam z łóżka i podbiegłam do kąta. Musiałam wziąć go w ręce, żeby uwierzyć, że był prawdziwy.
- Co do cholery?! Ja chyba zwariowałam.
                  Wybiegłam na korytarz i zajrzałam do torebki. Marmurowej głowy nie było w środku. Zaczęłam nerwowo rozglądać się po mieszkaniu, aż w końcu wypatrzyłam ją na kanapie. To wszystko wydawało mi się coraz bardziej dziwne.
- Chyba naleję sobie wina – powiedziałam do siebie. – Chociaż wódka byłaby lepsza.
                Nie wierzyłam, że to działo się naprawdę. Jednak, obojętnie jak bardzo się starałam, nie mogłam zignorować faktu zegarka Artura oraz pękniętej marmurowej głowy na mojej kanapie.
- Norbert! – krzyknęłam i od razu poczułam się głupio. Rozejrzałam się dokoła, ale nigdzie nie było widać zjawy. No tak, trzeba czekać do wieczora.
                Po całym dniu pełnym rozpakowywania rzeczy, położyłam się wieczorem z laptopem do łóżka. Na szczęście działał już internet i mogłam obejrzeć parę odcinków mojego ulubionego serialu. Zresztą i tak bym nie zasnęła. Na to byłam zbyt zdenerwowana. Koło północy oczy zaczynały mi się już zamykać. Wtedy zauważyłam ruch w kącie pokoju.
- Norbert – krzyknęłam. Pomimo tego, że spodziewałam się go tam zobaczyć, dostałam gęsiej skórki.
- Witaj – odparł spoglądając na mnie swoimi zielonymi oczami. Przerażały mnie.
- Więc ty naprawdę istniejesz.
- A jakże.
- Powiedz mi, dlaczego zostałeś zamknięty w kamieniu.
- Bo posądzono mnie o zbrodnię, której nie popełniłem.
- To już mówiłeś, ale o co konkretnie.
- O morderstwo.
- I ty go nie popełniłeś?
- Nie.
- A kto?
- Też chciałym to wiedzieć.
- Więc jak to było? – koniecznie chciałam wiedzieć.
- Byłem zakochany w pewnej kobiecie. Była dla mnie jak narkotyk, jak bogini. Już prawie udało mi się ją zdobyć, gdy nagle padła ofiarą mordercy. Wszyscy myśleli, że to ja. Zostałem aresztowany, ale brakowało dowodów, więc mnie wypuścili. Siostra mojej ukochanej była jednak przekonana o mojej winie i chciała, żebym cierpiał tak jak ona po stracie Marii. Przy pomocy prastarych zaklęć zamknęła moją duszę w tej marmurowej głowie.
- Łał...
- I teraz mnie uwolniłaś, więc będę się o ciebie troszczył.
- To miło – odparłam.
                Sama nie wiedziałam, co miałam o tym myśleć. Pomijając aspekt, że ta historia była bardzo nieprawdopodobna, była także bardzo przerażająca.
– A co możesz dla mnie zrobić?
- Mogę manipulować ludzkimi umysłami.
- Czyli co, możesz sprawić, że dostanę podwyżkę?
- Mogę.
- Poważnie?
- Tak.
- To by było niezłe.
- Więc powiedz mi, czego pragniesz, a ja się wszystkim zajmę.
- Zastanowię się. A teraz idź sobie i daj mi spać.
                 Następnego dnia po pracy usiadłam na kanapie i zaczęłam spisywać swoje problemy. Najpoważniejszy z nich był natury finansowej. Taka podwyżka dużo by ułatwiła. Kolejnym zmartwieniem była samotność, ale na to nie było konkretnego rozwiązania. Postanowiłam więc naprawdę poprosić Norberta, żeby zmanipulował mojego szefa.
                 Już następnego dnia zostałam wezwana do biura mojego przełożonego, który oznajmił, że za świetną pracę od zaraz będę otrzymywać więcej pieniędzy. Wtedy uwierzyłam w moc Norberta. Z jego pomocą moje życie układało się coraz lepiej. Już nie bałam się, gdy w środku nocy stawał przy moim łóżku. Czułam się jak nowo narodzona i najwyraźniej to było widoczne, bo trzy tygodnie później w sklepie z elektroniką zaczepił mnie miły i przystojny mężczyzna o imieniu Marcin. Poszliśmy razem na kawę i od tego dnia spotykaliśmy się codziennie.
                  Była niedziela rano i wracałam do domu od Marcina. Już z daleka zauważyłam stojące przed budynkiem dwa wozy policyjne i karetkę. Zaparkowałam samochód przy drodze i niepewnie weszłam na podwórko.
- Przepraszam – zagadnęłam jednego z policjantów.
– Co się stało?
- Co pani tu robi? Mieszka tu pani? – spytał.
- Tak. Na drugim piętrze. Powie mi pan, co się stało?
- Pani sąsiadka, Barbara Adamska, została zamordowana.
- Boże! Jak to się stało?
- Nic więcej nie mogę pani powiedzieć – odparł beznamiętnie.
- Niestety nie może pani teraz wejść do budynku.
- Nawet nie zamierzam – mruknęłam, po czym odwróciłam się na pięcie ruszyłam z powrotem do samochodu.
                Z całej siły starałam się opanować trzęsące ręce. Dopiero teraz przez myśl mi przeszło, że może gdybym tej nocy nie spędziła u Marcina, to ja byłabym martwa. Jednocześnie próbowałam przekonać samą siebie, że pewnie to nie było przypadkowe zabójstwo i ktoś chciał śmierci biednej pani Barbary. Tak czy owak w budynku, w którym mieszkałam, doszło do morderstwa i niepokoiła mnie myśl, że miałabym tak spokojnie spać.
                Postanowiłam wrócić do z powrotem do Marcina.
- Co się stało? – spytał, gdy tylko otworzył mi drzwi.
– Wyglądasz na wystraszoną.
- Mogę jeszcze trochę u ciebie pobyć?
- Jasne, ile tylko chcesz. Wejdź. Powiedz mi, co się stało.
- Najpierw wejdę, dobrze. Marcin przesunął się odrobinę wpuszczając mnie do środka. Usiadłam na kanapie.
- Ktoś zamordował moją sąsiadkę – wyszeptałam patrząc na ścianę.
- Co tym mówisz? – Marcin usiadł obok mnie i objął ramieniem.
– Kiedy?
- Dzisiaj w nocy jak sądzę.
- O Boże! Zostaniesz u mnie dopóki nie złapią tego sukinsyna!
- Dziękuję.
               Byłam wdzięczna Marcinowi, że przyjął mnie pod swój dach. Nie byłabym w stanie zasnąć w moim mieszkaniu.
               Gorliwie śledziłam postępy w dochodzeniu dotyczącym morderstwa pani Barbary. Kobieta została uduszona, jednak napastnik nie zostawił prawie żadnych śladów. Śledztwo utknęło w martwym punkcie, a ja nie mogłam wrócić do domu. Na szczęście bardzo dobrze dogadywaliśmy się z Marcinem, więc mieszkanie u niego było całkiem przyjemne.
               Codziennie sprawdzałam, czy policja nie podała przypadkiem nowych informacji dotyczących śmierci mojej sąsiadki. Dwa tygodnie po jej zabójstwie trafiłam przypadkiem na artykuł dotyczący tej sprawy na stronie lokalnej gazety. Ktoś zamieścił pod nim komentarz, w którym pisał, że to nie pierwsze morderstwo na tej ulicy. To mnie zaniepokoiło, ale także zaintrygowało. Koniecznie musiałam znaleźć więcej informacji na ten temat.
               Parę godzin później udało mi się ustalić, że przed dziesięcioma laty na tej samej ulicy została znaleziona martwa trzydziestoletnia kobieta. Nikogo nie posłano za kratki, bo nie znaleziono wystarczających dowodów. Jedyny podejrzany został wypuszczony z aresztu i parę dni później zniknął bez śladu. To zadziwiające, jak wiele można znaleźć w internecie. Nie istnieje coś takiego jak prywatność.
               Chwilę później trafiłam na jeszcze jedną informację, która zmroziła mi krew w żyłach. Zamordowana kobieta miała na imię Maria. Dziwny zbieg okoliczności... Czy nie takie imię wspomniał Norbert? A co jeśli to ta sama Maria, o której morderstwo go posądzono. Może mogłabym w jakiś sposób przywrócić jego dobre imię i zrewanżować się za jego pomoc.

Katrzyna Szymczak napisała: Dzień dobry Pani Morawska. To może wydać się dziwne, ale chciałabym porozmawiać o Pani siostrze i o mężczyźnie o imieniu Norbert.
Elwira Morawska napisała: Dzień dobry Pani Szymczak. O co chodzi?
Katrzyna Szymczak napisała: Bardzo się cieszę, że mi Pani odpisała. Chciałabym tylko zadać kilka pytań. Czy możemy się spotkać?
Elwira Morawska napisała: Jest pani z jakiejś gazety?
Katrzyna Szymczak napisała: W pewnym sensie...
Elwira Morawska napisała: Dobrze. Jutro o 17 w Luisie?
Katrzyna Szymczak napisała: Będę na pewno! Dziękuję.

                   Nie miałam pojęcia, czemu siostra Marii Morawskiej zgodziła się ze mną spotkać, ale cieszyłam się, że tak łatwo poszło. Miałam nadzieję, że dowiem się o tej historii jak najwięcej.
                   Już o 16.30 siedziałam przy stoliku pod oknem w kawiarni o nazwie Luis. Już dawno nie byłam tak zdenerwowana.
Punktualnie o 17 do kawiarni weszła wysoka blondynka ubrana na czarno. Rozejrzała się dokoła, a gdy mnie dostrzegła, skierowała się w stronę mojego stolika.
- Dzień dobry. Elwira – powiedziała podając mi rękę.
- Kasia.
- Z jakiej gazety jesteś? – spytała odstawiając torebkę na krzesło obok i siadając.
- Tak szczerze to nie jestem z żadnej gazety. Elwira przyjrzała mi się uważnie, ale nie przestała się uśmiechać.
- Tak myślałam. Więc czemu tu jesteś?
- Proszę, opowiedz mi jak to było, gdy twoja siostra zginęła – powiedziałam obserwując jej reakcję.
- Najpierw powiedz mi, dlaczego nagle się tym interesujesz.
- Bo uwolniłam Norberta - westchnęłam. Elwira zbladła.
- Co takiego? – szepnęła.
- Przypadkiem trzasnęłam drzwiami i ta marmurowa głowa spadła.
- O mój Boże!
- Ale on nie jest zły – powiedziałam szybko. – Pomaga mi.
- Jest przepełniony złością.
- Nie wierzę.
- Kasiu, on naprawdę zabił moją siostrę. Chodził za nią i się naprzykrzał, a gdy dała mu kosza, uprowadził ją i udusił.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Po prostu wiem, a teraz jest znowu na wolności. O Boże! – zakryła sobie usta dłonią.
- Co takiego?
- Ta kobieta, która niedawno zginęła...
- Co z nią?
- To on!
- Jakoś w to nie wierzę – powiedziałam. Czułam, że robiło mi się niedobrze.
– To przypadek.
- Nie ma takich przypadków.
- Muszę już iść.
                Wzięłam torebkę i wybiegłam z kawiarni. Elwira wołała za mną, ale nie miałam ochoty się odwrócić. Nie wiedziałam, co mam myśleć.

Elwira Morawska napisała: Musimy znowu zamknąć go w marmurze.
Katrzyna Szymczak napisała: Muszę to przemyśleć.
Elwira Morawska napisała: Nie ma czasu na przemyślenia. Ul. Słoneczna 5/2. Weź głowę i przyjedź do mnie.

               Miała rację. Nie miałam czasu na przemyślenia. Musiałyśmy działać. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że dałam się tak oszukać. W głębi duszy miałam nadzieję, że Elwira okaże się nawiedzoną wariatką i to utwierdzi mnie w przekonaniu, że Norbert był niewinny. Jednak Elwira była całkowiecie zrównoważona psychicznie. Coś sprawiało, że jej wierzyłam. Nie dało się inaczej. Ten strach w jej oczach nie był udawany.
              Na szczęście zabierając parę rzeczy z mojego mieszkania, żeby pomieszkać u Marcina, coś mnie tknęło i zabrałam także marmurową głowę.
              O godzinie 22.30 siedziałyśmy z Elwirą w jej ogródku z butelką czerwonego wina. Sklejoną marmurową głowę zakopałyśmy pod jabłonią. Nie chciałam wiedzieć, jakich środków użyła, żeby zamknąć złego ducha w marmurze. Byłam szczęśliwa, że było po wszystkim.


Maszynista
         
               Marcel nie mógł się już doczekać końca zmiany. Tej nocy było okropnie zimno i ponuro. Mgła gęsta jak mleko utrudniała pracę. Mężczyzna cieszył się, że nie musiał już więcej wyjeżdżać na trasę, tylko odstawić pociąg na boczny tor i wyłączyć.
- Wpuścisz mnie na tor trzeci? – powiedział do telefonu, gdy odezwał się dyspozytor.
- Pewnie. Masz wolną drogę.
               Marcel wjechał w odpowiedni tor i powoli zatrzymał pociąg uważając, żeby nie uderzyć w inni stojący już tam pojazd. Z półeczki zdjął niebieski zeszyt i spisał dane z ekranu. Przekręcił klucz i wyłączył maszynę. Musiał jeszcze przejść przez pojazd i sprawdzić, czy wszystko było w porządku.
              Powoli ruszył między siedzeniami oceniając stan wnętrza pociągu. Był właśnie w połowie drogi, gdy zamigotały światła.
- Co do cholery?! – zaklął mężczyzna. Rozejrzał się dokoła, ale nie zauważył niczego podejrzanego. Ruszył więc dalej. Nagle z głośników zaczęła lecieć muzyka. Marcel nie wiedział, co ma robić. Po paru sekundach muzyka ucichła, za to słychać było wydobywający się w głośników odgłos równomiernego oddechu. Mężczyzna zaczynał bać się coraz bardziej.
- Halo! Kto tam jest? To nie jest śmieszne! – krzyknął i szybkim krokiem ruszył w stronę kabiny myszynisty. – Niech cię, kurwa, dorwę.
              Marcel był przekonany, że któryś z jego kolegów robi sobie z niego niesmaczne żarty.
              Wtem zgasły wszystkie światła. Marcel krzyknął ze strachu i stanął w miejscu, a światła znowu się zapaliły. Maszynista puścił się biegiem do kabiny. Usiadł na fotelu i zamknął za sobą drzwi do kabiny na klucz. Trząsł się na całym ciele.
- Co to ma być? – powiedział do siebie. – Co ja mam teraz zrobić?!
              Przykrył twarz dłońmi. Musiał się uspokoić. Dopiero gdy jego ręce przestały się trząść, zdecydował się wstać i zajrzeć przez szybę w drzwiach. Wnętrze pociągu wyglądało jak zwykle. Wszystkie światła były włączone i nikogo poza nim nie było wewnątrz pojazdu.
- Ja chyba zwariowałem – powiedział Marcel i zaczął się śmiać. – Po prostu jestem przemęczony.
             Otworzył drzwi i ruszył przez pociąg w stronę drugiej kabiny, gdzie zostawił swoją torbę i kurtkę. Tym razem nic się nie wydarzyło. Żadnej muzyki ani podejrzanych odgłosów. Marcel zaczął wierzyć, że zasnął w kabinie i wszystko tylko mu się przyśniło. Tak, to musiało być to. Założył swoją torbę na ramię i wyszedł z pociągu. Mgła zniknęła, a księżyc świecił tak jasno, że Marcel prawie nie potrzebował latarki. Podniósł głowę, zamknął oczy i głęboko wciągnął zimne powietrze. Uwielbiał tę ciszę, gdy późno w nocy odstawiał pociąg i szedł przez pusty dworzec. Zawsze się cieszył, gdy pracował w nocy. Mało kto podróżował wtedy pociągiem i nie musiał z nikim rozmawiać. Wiedział, co ma robić i to mu odpowiadało.
             Mężczyzna wyciągnął ze swojej torby latarkę i obszedł pociąg w poszukiwaniu uszkodzeń. Gdy upewnił się, że wszystko było jak należy, zamknął pociąg i wgramolił się na peron. W oddali, przy schodach, zauważył jakąś postać. Nie miała pomarańczowej kamizelki odblaskowej, więc nie był to pracownik kolei. Marcel poczuł, że dostaje gęsiej skórki. Postać nie ruszała się z miejsca. Nie było innej drogi, więc Marcel chcąc czy nie chcąc musiał przejść obok nieznajomego by dotrzeć do samochodu. Maszynista nie był ani trochę człowiekiem strachliwym. Wierzył w nadprzyrodzone siły i nie miał zamiaru wdawać się z nimi w konflikty. Postać przy schodach sprawiała, że naprawdę się bał. Było w niej coś niesamowitego.
- Weź się w garść! – powiedział do siebie, jednak nie dodało mu to otuchy. – Hej, przepraszam pana!
Nic. Postać nawet nie drgnęła. Marcel czuł pulsującą w żyłach krew. Strach wzrastał.
- To nie jest zabawne! – krzyknął i ruszył w stronę schodów.
             Nagle coś za nim huknęło. Mężczyzna miał wrażenie, że niebo rozpadło się na kawałki. Odwrócił się, ale nie zobaczył za sobą niczego poza ciemnością. W oddali widział tylko zmierzający w jego kierunku pociąg, ostatni tej nocy.
- Dobra, koniec tego. Trzeba iść do domu – powiedział do siebie i znów odwrócił się w stronę schodów. Ze zdumieniem spostrzegł, że nikogo już przy nich nie było. To nie miało sensu. Na pewno wszystko mu się tylko przywidziało, tak samo jak nic nie wydarzyło się w jego pociągu. Był zmęczony i tyle. Już czwarty dzień z rzędu miał nocną zmianę. Każdy miałby zwidy po takim wykańczającym tygodniu. Mężczyzna szybkim krokiem puścił się stronę schodów. Nie miał ochoty rozglądać się na boki. Pragnął tylko jak najszybciej znaleźć się w swoim samochodzie, a potem ruszyć autostradą do domu. Nie obchodziło go, co i czy w ogóle coś przed chwilą widział. Był zmęczony i marzył tylko o tym, żeby znaleźć się w łóżku i przytulić się do swojej żony.
             
                 Marcel obudził się jeszcze przed budzikiem. Była jedenasta - jeszcze ponad cztery godziny do rozpoczęcia zmiany. Usiadł na łóżku i zapatrzył się w okno. Podobno w ten sposób zapomina się sny, tego teraz potrzebował. Jednak koszmar minionej nocy nie chciał zniknąć z jego głowy. Wciąż powracał obraz postaci stojącej przy schodach. Gdy Marcel zbliżył się do niej we śnie, ona zdjęła z głowy kaptur pokazując zakrwawioną twarz. Nie mógł stwierdzić, czy była to twarz kobiety czy mężczyzny, ale była to twarz ludzka. Chciał krzyknąć, ale nie mógł. Także jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nagle na peron wjechał pociąg. Tajemnicza postać ruszyła biegiem w stronę torów i w ostatniej chwili zdążyła przeskoczyć przed nadjeżdżającym pojazdem. Wtedy Marcel się obudził. Nie mógł zapomnieć zakrwawionej twarzy, ale przede wszystkim nie mógł pozbyć się uczucia bezradności, jakie czuł, nie mogąc się nawet odwrócić.
                  Sięgnął po smartfona i przejrzał odebrane wiadomości. W grupie założonej przez jego kolegów z pracy, ktoś wysłał wiadomość dotyczącą wypadku na przejeździe kolejowym. Pomimo zamkniętych szlabanów, jakiś mężczyzna w ostatniej chwili wszedł na tory prosto pod przejeżdżający pociąg. Maszynista, którego Marcel dobrze znał, nie miał najmniejszych szans na zahamowanie pociągu.
                 Ktoś inny napisał, że był to akt samobójczy. Świadkowie zdarzenia twierdzili, że mężczyzna był bardzo zdenerwowany i sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał. Marcel pomyślał, o koledze, który kierował pociągiem. Biedak. Został wysłany do domu na długi, długi czas. Po takim wypadku niektórzy nie wracali do pracy nawet przez pół roku. Przejechanie człowieka, nawet jeśli sam zdecydował się na śmierć, było przeżyciem nie do opisania. Ten moment, w którym zdaje się sobie sprawę, że niczego już nie można zrobić – potworny. Bezradność wstrząsająca każdą komórką ciała. Jednak nie sam fakt, że ktoś zginął przyprawiał Marcela o skręt żołądka. Wypadek ten zdarzył się mniej więcej w tym czasie, gdy odstawiał on pociąg na boczny tor. To wtedy nagle zgasły światła... Nie, coś takiego nie mogło mieć miejsca! To głupi przypadek. Marcel był dorosłym mężczyzną i nie wierzył w takie bzdury. Jadąc do pracy, nie mógł pozbyć się dziwnego uczucia niepokoju. Także zasiadając w fotelu w kabinie maszynisty i przygotowując się do odjazdu, nie mógł pozbyć się złego przeczucia.
                   - Dzień dobry, Marcel – powiedział Krzysiek, konduktor, wchodząc do kabiny. Marcel aż podskoczył, gdy kolega położył mu rękę na ramieniu.
– Coś się stało?
- Cześć – odparł maszynista. – Nie, nie, wszystko w porządku. Trochę źle spałem, a co u ciebie?
- Ach, dziewczyna ze mną zerwała.
- Przykro mi. Jakoś się trzymasz?
- No muszę – powiedział mężczyzna przygnębionym głosem.
– Chyba musimy już odjeżdżać.
- O, cholera! – zaklął Marcel i zamknął wszystkie drzwi, po czym rzucił się do okna, żeby zobaczyć, czy nikogo nie było przy pociągu i bezpiecznie może ruszać. – Kurde, Krzysiek, co ja bym bez ciebie zrobił.
- No widzisz – uśmiechnął się kolega. – Przyjdę w przerwie, dobra?
- Jasne.
                  Krzysiek dopiero koło dziewiątej wieczorem ponownie odwiedził Marcela w kabinie. Zaczynało się ściemniać. W ciszy jechali mało uczęszczaną trasą między gęstymi drzewami. Żaden z nich się nie odzywał. Marcel nie wiedział, jak zacząć, a Krzysiek najchętniej opowiadałby o swojej straconej miłości, ale nie chciał się naprzykrzać. Stał więc obok fotela, na którym siedział maszynista, i patrzył w dal. W pewnym momencie Marcel zauważył stojącą na torach postać – zakapturzonego nieznajomego z dworca. Mężczyzna nie był jednak pewien, czy naprawdę go widzi. Zamrugał parę razy, ale postać nie zniknęła. Stała tuż przed ostrym zakrętem i zdawała się czekać na pociąg. Marcel zaczął hamować.
- Co jest? – zawołał zdziwiony Krzysiek, ale Marcel go nie słuchał. Przed oczami miał tylko obraz stojącej na torach postaci. Wewnętrzny głos mówił mu, że ma się zatrzymać. Udało się, pociąg zatrząsł się, ale stanął w miejscu. Postać nie ruszała się przez chwilę, po czym tak po postu rozpłynęła się w powietrzu. - Marcel! Co się stało? – Krzysiek szarpał kolegę za ramię.
                   Mężczyzna powoli odwrócił głowę i spojrzał na Krzysztofa nieprzytomnym wzrokiem. Dopiero po chwili wrócił do siebie.
- Czymu zahamowałeś? – spytał konduktor. – Coś widziałeś?
- Wydawało mi się, że ktoś stał na torach – odparł Marcel. – Nie chciałem go przejechać.
- Nikogo nie było – powiedział Krzysiek.
- Muszę zadzwonić do centrali. - Marcel podniósł słuchawkę i, gdy usłyszał znajomy głos dyspozytora, powiedział, że zdawało mu się, że kogoś widział. Otrzymawszy polecenie dalszej jazdy powoli ruszył. Krzysiek stał obok nic nie mówiąc. Maszynista zastanawiał się, czy jego zachowanie będzie miało dla niego konsekwencje. Nie wolno mu było tak po prostu beu żadnego powodu zatrzymać pociągu .
                  Gdy wyłonili się zza zakrętu, zobaczyli trójkę bawiących się dzieciaków, które ułożyły na torach parę sporych kamieni. Marcel ponownie zaczął hamować. Dzieci rozbiegły się na wszystkie strony, jednak jedno z nich stało nieruchomo wpatrzone w nadjeżdżający pociąg. Maszynista użył wszystkich możliwych hamulców. W ostatniej chwili udało mu się zatrzymać przed leżącymi na torach kamieniami i dzieckiem. Droga hamowania byłaby o wiele dłuższa, gdy nie hamował przed zakrętem...
         
Pies na Licho

          - No wstawaj już. Nudzi mi się – powiedziało Licho.
- Odczep się. Mam wolne to sobie śpię, tak? – odparła rozdrażniona Zuzanna odwracając się do niego plecami.
- Ale mi się nudzi – zajęczał demon i usiadł na łóżku obok dziewczyny.
– Poróbmy coś.
- Żebyś mi jak zwykle wytrąciło talerz z ręki albo pomogło oblać się kawą? Nic z tego. Zostaw mnie.
- Jeszcze zobaczymy.
             Licho wdrapało się na łóżko i z impetem wskoczyło na Zuzę.
- Aua! To bolało – syknęła siadając. Demon spojrzał na nią niewinnie.
- No to jak już nie śpisz, to chodźmy coś zjeść – powiedział słodko.
             Odkąd Zuzanna skończyła dziesięć lat towarzyszyło jej Licho. Wyglądało słodko, jak mała brązowa kuleczka z nóżkami i wielkimi czarnymi oczami. Na początku Zuza dała się nabrać na jego wygląd. Zdawało się być takie miłe i pomocne. Gdy powiedziała rodzicom, że małe dziwne stworzenie nie odstępuje jej na krok, powiedzieli żeby nie opowiadała głupot. Była w końcu już za duża na wymyślonego przyjaciela. Powinna zająć się nauką. Dziewczynka poczuła się zraniona niewiarą rodziców i postanowiła nikomu więcej nie zdradzać swojej tajemnicy.
             Wszystko było wspaniale, przyjaźń Zuzanny i Licha kwitła. Rozumieli się dobrze i dzięki niemu dziewczyna nigdy nie czuła się samotna. Jednak gdy skończyła czternaście lat coś się zmieniło. Nagle zaczęły ją interesować inne rzeczy niż dotychczas. Wolała plotkować z koleżankami o chłopakach ze szkoły i kosmetykach zamiast spędzać czas ze swoim małym przyjacielem. Demonowi bardzo się to nie spodobało i postanowił uprzykszyć Zuzannie życie jak tylko mógł. Przez następne tygodnie Licho a to podarło jej zeszyt do matmy i musiała go przepisać, a to strąciło coś z półki, a to ją popchnęło. Początkowo Zuza nie zwróciła na to uwagi. Wzięła wszystko za przypadek. To jeszcze bardziej rozwcieczyło demona.
              Pewnego dnia przeszedł sam siebie. Dziewczyna jechała rowerem do najlepszej przyjaciółki, a demon jak zwykle siedział w koszuku przy kierownicy. Nagle zeskoczył, złapał leżący przy drodze patyk i wsunął go między szprychy. Zuza przeleciała przez kierownicę i ciężko wylądowała na ziemi. Efektem tego była złamana ręka i podrapana twarz, ale przede wszytkich odkrycie, kto naprawdę stoi za jej małymi podknięciami.
              Od tej pory Zuzanna patrzyła na swojego małego przyjaciela zupełnie inaczej. Wiedziała, że jest niebezpieczny i przestała go lubić. Jednak nie miała pojęcia, jak miała się go pozbyć. Nauczyła się więc z nim żyć. Licho często płatało jej figle, co jej rodzina i znajomi przypisywali niezdarności Zuzy. Śmiali się, gdy wylewała coś na siebie albo przewracała na prostej drodze. Na szczęście Zuza była sympatyczną i zawsze pomocną dziewczyną, więc była lubiana.
              Zuzanna miała 21 lat i mieszkała razem z dwoma koleżankami ze studiów Magdą i Patrycją. Dziewczyny świetnie się dogadywały i szybko stały się najlepszymi przyjaciółkami.
              Pewnego sobotniego wieczoru dziewczyny wystroiły się i wybrały do baru. Licho oczywiście wybrało się z nimi. Noc zapowiadała się bardzo interesująco.
- Może w końcu kogoś poznam – westchnęła Magda. – Mam już dosyć bycia sama.
- Ty to byś od razu chciała wyjść za mąż i urodzić gromadkę dzieci – zaśmiała się Patrycja. - No i co w tym złego?
- Trzeba powoli, a ty od razu planujesz kolor kuchni w waszym wspólnym domu – odparła Patrycja. - Nie ma czasu. Zegar tyka. 
- Zuza, weź mi pomóż. Z takim nastawienie to ona nikogo nie znajdzie. Wszyscy uciekną.
- No, Patrycja ma trochę racji – powiedziała Zuza. – Jak już nie umiesz pozbyć się takiego myślenia, to chociaż nie mów tego tym facetom.
- To co mam mówić? Że chcę tylko coś na jedną noc, a potem mam mieć nadzieję, że byłam taka oszałamiająca i koleś jeszcze zadzwoni? – Magda zrobiła smutną minę.
- Najlepiej nic nie mów i obserwuj jak się ta znajomość rozwinie – powiedziała Patrycja szturchając Magdę.
- Łatwo ci mówić, ty już masz swojego Łukasza.
- Ale nie powiedziałam mu już na samym początku, że chcę zostać matką jego dzieci – zaśmiała się blondynka.
- Dobra, będziemy się martwić, jak kogoś poznamy – wtąciła się Zuzanna. – Napijmy się. Idę po tequilę.
           Parę kieliszków później dziewczynom było już wszystko jedno czy są singielkami czy nie. Dobrze się bawiły i tańczyły jak szalone.
- Muszę się czegoś napić – powiedziała Zuza do Patrycji.
- Co?
- Muszę się napić – powtórzyła dziewczyna nieco głośniej.
- Co?
- Ach, nie ważne. – Zuza machnęła ręką i poszła w stronę baru, a Licho podreptało za nią. „Jak ono to robi, że nie zostało jeszcze zadeptane?” – zastanawiała się Zuza spoglądając na demona.
- Proszę kolę – powiedziała do barmana.
- Nic mocniejszego? – usłyszała nagle głos obok. Odwróciła się i spojrzała na stojącego przy barze mężczyznę. Był dość wysoki, nie jakiś mięśniak, ale też nie gruby. Jego cimnozielone oczy błyszczały w świetle kolorowych reflektorów. Miał ciemne włosy i gęstą, ale zadbaną brodę. Spodobał się Zuzie. Nie był typowym przystojniakiem, ale było w jego twarzy coś, co ją pociągało.
- Już na dzisiaj wystarczy mocniejszego – odparła i uśmiechnęła się do nieznajomego.
- No to pozwól, że zapłacę za twoją kolę – powiedział wyciągając rękę w jej stronę. – Jestem Daniel.
- Zuza. - Dziewczyna również wyciągnęła rękę. W tym momencie Licho popchnęło ją trochę i zamiast w dłoń Daniela trafiła w jego szklankę, która poleciała na podłogę oblewając go przy tym.
- Cholera – krzyknęła Zuza. – Przepraszam, strasznie cię przepraszam. Chłopak spojrzał na swoją mokrą koszulkę, a potem na zawstydzoną Zuzę i się uśmiechnął.
- Zdarza się – powiedział. – Też czasem jestem niezdarny.
             Zuza bardzo mu się spodobała. Wyglądała tak słodko. Była całkowitym przeciwieństwem Emili. Właśnie takiej dziewczyny teraz potrzebował, słodkiej i niewinnej, takiej, która nie będzie się bawić jego uczuciami.
- Kupię ci nowego drinka. Na co masz ochotę? – spytała Zuzanna wyrywając go z zamyślenia.
- Nie musisz mi nic kupować.
- Ale chcę.
- No okej, to Jacky z kolą, proszę.
             Chociaż Zuza najchętniej od razu wzięłaby Daniela do domu, on tego nie zaproponował. Odprowadził ją pod sam blok, ale nie chciał wejść na górę. To ją trochę rozczarowało. Myślała, że jednak wcale mu się nie spodobała.
- On cię wcale nie lubi – powiedziało Licho, gdy kładła się do łóżka.
- Nic ci do tego – syknęła Zuza.
- Dobrze ci tak – zaśmiał się demon.
- Zamknij się – odparła przykrywając się kołdrą.
             Gdy się obudziła, na telefonie zobaczyła wiadomość: „To był fajny wieczór. Masz może ochotę na kawę? Daniel”. Zuza zaczęła jak mała dziewczynka skakać po łóżku. Pewnie, że miała ochotę. „Czemu nie” – odpisała.
- A niech cię! – powiedziało Licho i zrzuciło jej komórkę na ziemię.
- Ej, uważaj!
- Pff!
             Daniel czekał na Zuzę w kawiarni nad rzeką. Udało mu się dorwać stolik najbliżej wody.
- No cześć – powiedział uśmiechając się do niej.
- Hej – odparła siadając do stolika. - Fajnie, że przyszłaś.
- Też się cieszę.
             Doskonale się rozumieli i mieli mnóstwo wspólnych tematów do rozmów. Od tego dnia spotykali się niemal codziennie. Zuza sama była zdziwiona jak szybko zaczęła kochać Daniela. Przy nim czuła się naprawdę szczęśliwa. Chłopakowi nie przeszkadzały nawet ciągłe psikusy Licha, które czuło się jeszcze bardziej odtrącone. Daniel uważał, że Zuzanna była słodka i on jak rycerz w złotej zbroi musiał ją ochraniać, żeby kolejny raz nie zrobiła sobie krzywdy.
             Tego dnia Zuza nocowała u Daniela. Spotykali się już od trzech miesięcy i oficjalnie byli parą. Chłopak jeszcze spał, gdy jego telefon wydał z siebie dźwięk przychodzącej wiadomości. Zuzanna spojrzała na niego, ale on się nie obudził. Licho też jeszcze cicho pochrapywało w kącie łóżka. Strasznie ją korciło, żeby zobaczyć od kogo dostał wiadomość. Wiedziała, że nie powinna była tego robić, ale nie mogła się powstrzymać. Cichutko przesunęła się w stronę parapetu, na którym leżał telefon i wzięła go w rękę. „Naprawdę jesteś z nią tylko, bo nie chcesz jej zostawić samej?” – brzmiała wiadomość od jakiejś Emi.
              Zuzie zaczęły trząść się ręce. Bała się, że zaraz zwymiotuje. Nie wiedziała, co oznaczała ta wiadomość, ale obawiała się najgorszego. Koniecznie musiała przeczytać całą rozmowę, ale musiała poczekać, aż Daniel przeczyta tę ostatnią wiadomość. Kim była Emi?
              Dziewczyna musiała wyjść, żeby zebrać myśli. Ostrożnie wyślizgnęła się z łóżka i trąciła nogą Licho, żeby się ubudziło.
- Co jest? – spytał zaspany demon.
- Idziemy – zakomenderowała Zuza. Szybko zebrała z krzesła swoje rzeczy i wyszła do salonu. Tam pospiesznie się ubrała i opuściła mieszkanie Daniela.
- Czemu już idziemy? – spytało Licho już na ulicy.
- Bo tak – odparła.
             „Hejka, musiałam szybko coś załatwić na uniwerku. Wpadnę wieczorem” – napisała do Daniela. Spojrzała jeszcze raz na telefon, na tapecie którego uśmiechała się radośnie przytulona do chłopaka. Z jej oczu popłyneły łzy. Nie mogła uwierzyć, że znowu zaufała jakiemuś idiocie, który tylko ją wykorzystywał. Na dodatek okłamywał także tą całą Emi, bo wcale nie musiał być z Zuzą. Wcześniej bez niego też sobie jakoś radziła.
              „Ok” – odpisał. Ten idiota! Już Zuza mu pokaże kto tu nie może bez kogo.
- Czemu beczysz? – dopytywało się Licho.
- Nie twój interes – odpysknęła.
- Właśnie, że mój.
- Właśnie, że nie. Idę się wykąpać, a ty zostajesz tutaj – odarła wchodząc do mieszkania.
- Głupia – syknęło Licho i popchnęło lekko dziewczynę, a ta uderzyła się łokciem w klamkę. Zuza nie wiedziała, co miała zrobić. Powinna z nim o tym porozmawiać czy poczekać, co się wydarzy. Leżała w wannie pełnej wody i płakała. Niby próbowała sobie wmówić, że przesadza, że to pewnie nic, ale nie mogła się uspokoić. Było jej na przemian gorąco i zimno.
              Pod wieczór na chwiejnych nogach ruszyła do Daniela. Była roztrzęsiona, ale zdecydowana odkryć całą prawdę. Chłopak jak zwykle z uśmiechem otworzył jej drzwi.
- Cześć, piękna – powiedział całując ją w usta.
- Hej. Musimy pogadać. Daniel spojrzał na Zuzannę lekko zdezorientowany.
- O co chodzi? Dziewczyna westchnęła i weszła do środka.
- Kto to jest Emi? – spytała siadając na kanapie. Daniel zbladł. Stał w drzwiach oparty o futrynę i patrzył wielkimi oczami na Zuzę.
- Czemu pytasz? – wyjąkał w końcu.
- Po prostu odpowiedz. Zuza bała się, że zaraz się rozpłacze. Daniel znaczył dla niej tak wiele i bała się go stracić. Miała nadzieję, że to wszystko była pomyłka.
- To moja była – odparł po chwili nie patrząc jej w oczy. – Skąd o niej wiesz?
- Dostałeś od niej wiadomość – wyszeptała.
- Dlaczego zaglądasz do mojego telefonu? – ryknął. Zuza nie spodziewała się takiej reakcji, ale ta tylko ją zdenerwowała zamiast przestraszyć.
- To jest twój największy problem? – krzyknęła. – To może porozmawiamy o tym, o co w niej chodziło.
- O nic.
- Danielu, nie mam ochoty na gierki – westchnęła bliska płaczu. – Chcę wiedzieć co znaczy dla ciebie tamta dziewczyna.
                Chłopak przez chwilę patrzył na ścianę nic nie mówiąc.
- To bardzo stara historia. Byliśmy kiedyś razem, a potem urwał nam się kontakt. Pół roku temu przypadkiem na siebie wpadliśmy i znowu zaiskrzyło, ale ona była w związku. Obiecywała mi, że zostawi dla mnie kolesia, ale tego nie zrobiła.
- Spałeś z nią?
- Tak.
- Także podczas naszego związku? – spytała Zuza. Słowa boleśnie przechodziły jej przez gardło.
- Nie, ale widziałem się z nią parę razy.
- Kochasz ją?
- Nie wiem. Ona jest taka nieprzewidywalna, jest taką diablicą, a ty jesteś taka miła i słodka. Ona mnie pociąga – odparł.
- Aha... A ja nie?
- Ty też.
- Dobra, Daniel. Nie chcę dalej tego słuchać. Najwyraźniej nie jestem dla ciebie ważna. Nie chcę być nagrodą pocieszenia. Wychodzę.
               Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi pozwoliła sobie na łzy. Jak mogła być taka głupia? Nie mogła znieść uczucia, że nie jest wystarczająco dobra, że obojętnie co zrobi, to nie wystarczy. Ta Emi była dla Daniela jak jakaś bogini, a Zuza była niczym. Był z nią, ale myślał o innej. Licho chciało coś powiedzieć, ale kopnęła je i pobiegła ulicą w stronę parku. Nie miała ochoty słuchać jego ględzenia.
- No wiesz – powiedziało obrażone, gdy dotarło do ławki nad rzeką, na której siedziała.
- Proszę cię, nie teraz – powiedziała przez łzy, a ono dziwnym trafem naprawdę posłuchało i zamilkło.
                 Zuza czuła się okropnie. Nie mogła się skoncentrować, więc przez cały tydzień nie chodziła na uczelnię. Siedziała w swoim pokoju i głównie patrzyła w śnianę. Daniel dzwonił do niej chyba z tysiąc razy i wysłał jej chyba z milion wiadomości. Pisał, że przeprasza, że ona jest najważniejsza i że bardzo za nią tęskni. Zuza była jednak na dnie rozpaczy. Nie mogła znieść myśli, że był z nią, bo ta druga go nie chciała. Jej przyjaciółki pocieszały ją jak mogły, ale nie mogły wyciągnąć jej z dołka.
                   Po tygodniu ktoś zapukał do drzwi. Poza Zuzanną w domu nie było nikogo, więc chcąc nie chcąc poczłapała do drzwi. Gdy otworzyła drzwi stanęła jak wryta. Na wycieraczce stało pudełko, w którym siedział mały Beagle i machał ogonem.
- Co ty tu robisz? – spytała tak jakby pies mógł jej odpowiedzieć.
- Proszę, wybacz mi – odparł głos zza rogu. Chwilę później wyłonił się też właściciel głosu, Daniel.
- Co ty tu robisz? Nie chcę cię widzieć! – syknęła Zuza.
- Przyniosłem ci prezent – wskazał na pieska. – Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Nie chcę z tobą rozmawiać . Poza tym co to za głupi pomysł, żeby kupować mi psa?
- To zostawiam ci tutaj tego maluszka – odparł chłopak, po czym puścił się biegiem po schodach w dół.
- Chwila! – krzyknęła Zuza przechylając się przez balustradę, ale Daniela już nie było. – Co ja mam zrobić z psem? Westchnęła i odwróciła się w stronę pudełka. Pieskowi udało się wydostać i biegał już po mieszkaniu.
- No super. Głupi Daniel.
                 Weszła do środka i usiadła na podłodze. Maluch od razu podbiegł do niej, wspiął się na łapki i zaczął ją lizać po twarzy.
- Słodki jesteś – powiedziała głaszcząc pieska.
- Co to ma być? – spytało Licho.
- Nie widzisz? Mój nowy pies – odparła przekornie.
                  W sumie mogła go zatrzymać. Na pewno będzie denerwował Licho, a ona będzie miała kogoś, o kogo będzie się troszczyć. Całym sercem pokochała pieska, którego nazwała Lalo. Maluch wyciągnął ją z dołu, w jakim się znajdowała po rozmowie z Danielem. Musiała wychodzić z nim na spacery i nie mogła już zamykać się w pokoju. W końcu zaczęło jej się podobać. Mały był taki pocieszny.
                  Dwa dni później dostała wiadomość od Daniela: „Chodź na spacer z psem i porozmawiaj ze mną”.
- W sumie czemu nie – powiedziała do siebie. Czuła się już silniejsza. Znowu była gotowa stawić czoła światu. „Za 15 min w parku” – odpisała.
                 - Fajnie, że przyszłaś – powiedział chłopak i pocałował ją w policzek.
– Przejdziemy się?
- Cześć. Możemy – odparł zimno. - Zuza, ty dla mnie naprawdę wiele znaczysz.
- Więcej niż ta cała Emi? – spytała Zuzanna ruszając wzdłuż rzeki. Lalo biegał dokoła nich.
- Oczywiście. Proszę cię, chcę być tylko tobą. -  Chłopak złapał Zuzę za ręce i obrócił w swoją stronę, po czym spojrzał jej głęboko w oczy. - Wybacz mi – szepnął.
- Musisz się zdecydować – powiedziała Zuza.
- Dobrze.
- I zerwać kontakt z tą dziewczyną – dodała.
- Dobrze – westchnął. – Zrobię dla ciebie wszystko.
              Wybaczyła mu. Cieszyła się, że znowu jest przy niej. Miała wrażenie, że wygrała, że pokonała tę drugą. Daniel bardzo się starał. Spędzał z Zuzą każdą wolną chwilę, kupował prezenty, interesował się jej problemami. Facet idealny. Dziewczyna zaczęła czuć się pewnie i planować ich wspólną przyszłość.
             Trzy tygodnie później nocowali u niej. O szóstej rano Lalo zaczął lizać Zuzę po twarzy.
- Lalo, daj mi jeszcze trochę pospać.
             Sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić, która była godzina. Przez przypadek wzięła w rękę telefon Daniela zamiast swojego. Po spojrzeniu na ekran zabrakło jej powietrza. „Dobranoc, mój słodki” – pisała Emi. Tego było dla Zuzy zbyt wiele.
- Wynoś się! – krzyknęła do Daniela. Chłopak wybudzony ze snu nie wiedział, co się działo. - Wstawaj i wynocha!
- Co się stało? – wyszeptał. Nawet pies schował się pod łóżko ze strachu.
- Obiecałeś, że zerwiesz z nią kontakt!
- No, ale nie rozumiem czemu?
- Bo niszczysz tak nasz związek.
- Przesadzasz.
- Wynoś się! – powtórzyła i uderzyła go w twarz.
- Co ty robisz? – syknął.
– Nie masz prawa decydować, z kim mam kontakt.
- Nie chcę już o niczym decydować. Nie chcę cię nigdy więcej widzieć!
              Daniel zebrał swoje rzeczy i posłusznie wyszedł, a Zuza położyła się na łóżku i zaczęła szlochać. Nie mogła przestać. Znowu okazała się być taka głupia. Jak mogła myśleć, że Daniel wybierze ją? Tym razem to był dla niej koniec. Była to sobie winna, żeby być z kimś, dla kogo naprawdę była najważniejsza. Bała się bólu, ale musiała przez to przejść.
             Zdecydowała się zamknąć rozdział z Danielem w roli głównej. Jednak było to trudniejsze niż myślała. Strasznie cierpiała. Zuza jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak źle. Wydawało jej się, że czuje fizyczny ból przy każdej myśli o Danielu. Na dodatek Licho tylko ją dołowało.
- Nigdy nie znajdziesz kogoś, kto cię będzie kochać – mówiło i śmiało się do rozpuku, gdy zaczynała płakać. Coraz częściej też ją popychało, a ona robiła sobie krzywdę.
             Dwa tygodnie później była z Lalo w parku. Tym razem spacery z pieskiem znowu trochę jej pomogły. Maluch poprawiał jej humor i sprawiał, że nie czuła się samotna. Licho jak zwykle podreptało za nimi. Nagle popchnęło ją, a ona tak nieszczęśliwie upadła, że otarła kostkę o wystający kamień. Przetarte miejsce zaczęło krwawić. Zuza zaczęła płakać. Miała już dość Licha, siebie i całego świata. Czuła się najgorsza ze wszystkich i niegodna pokochania. Licho stało obok i śmiało się.
- Głupia – powiedziało i dalej chichotało.
            Lalo trzymany na smyczy podszedł do Zuzy i polizał ją po ranie, a potem odwrócił się do Licha i złapał je w pysk. Demon nie zdążył nawet zareagować. Piesek po prostu go zjadł. Zuza nie wierzyła własnym oczom. Nie było już Licha? Była wolna?
- Nic ci nie jest? – spytał ktoś za nią. Dziewczyna odwróciła głowę i zobaczyła młodego mężczyznę o niebieskich oczach i jasnych włosach. - Twój upadek wyglądał dość groźnie – dodał przyciągając do siebie psa na smyczy, którego trzymał.
- Już lepiej – powiedziała Zuza uśmiechając się pierwszy raz od dawna.

Copyright (c)2019, All Rights Reserved.
Liczba odwiedzin: 11042